To co dostaliśmy w prezencie od wielkich tech-magów tego świata to klęska urodzaju. Dostaliśmy tak dużo, że mamy już dość. Mamy dość ale zastanawiamy się czy jest jeszcze inny świat, czy jest możliwy.
To co dostaliśmy to nie jest zdrowa zrównoważona kuchnia tylko ultra fast food – jedzenie przygotowywane byle gdzie przez byle kogo.
Byle więcej, byle szybciej. Tak to zostało zaprojektowane z pełną premedytacją, z chirurgiczną precyzją, z chciwością starą jak świat.

W swoich esejach pisał o tym David Foster Wallace: „doświadczenie zostanie ostatecznie zredukowane do chodliwego obrazu„. Nie wiem czy myślał o tak dalekiej redukcji ale dzisiejszy świat to redukcja do kliknięcia w ikonę czerwonego serduszka. Zostaliśmy zautomatyzowanymi odbiorcami „kontentu” który w 90% jest gówno wart. Tworzymy z myślą o tym jak wielu odbiorców będzie chciało to zobaczyć.
Viral staje się wirusem na który nie mamy szczepionki. Jesteśmy wyczerpani ciągłą walką o uwagę, o tego bezrefleksyjnego kciuka. Podłączamy swoje mózgi do zaawansowanych statystyk i oddajemy im władzę. Stajemy się wilkołakami pętli dopaminowych. Dyktatura to nie tylko coś odległego tam na wschodzie – dyktatura jest tutaj, jest subtelna ale bardzo realna.
Jaka jest fotograficzna prawda?
Zdjęcia nigdy nie mówiły całej prawdy, tylko jej prawie kwantową część. Nawet te zdjęcia wojenne które ilustrowały artykuły, eseje, reportaże były zdjęciami na służbie, zdjęciami często propagandowymi. Tak, pokazywały jakiś kawałek prawdy dokumentalnej (rzeczy, ubiór), te wszystkie antropologiczne „talizmany”.
Dzisiaj możemy spokojnie powiedzieć, że 1000 zdjęć nie jest warte 1 myśli, ba 100000000 jest tyle wart.
„Pozwólmy Joemu B., samotnemu małemu przeciętniakowi, być niezależnym manipulatorem wideokawałków.” – David Foster Wallace.
Chcieliśmy móc podglądać przysłowiowego Kowalskiego a tech-arcykapłani po prostu nam to dali, tak jak kiedyś telewizja. Dostaliśmy ten wspaniały świat luster w których możemy przeglądać się 24 godziny na dobę, mamy nieograniczony dostęp do przeciętniactwa. Co więcej, z tego przeciętniactwa kapitał pomnażają apologeci ciągłego więcej, nieograniczonego wzrostu, marketingowego bełkotu.
Dzisiaj wystawy mamy w telefonach. Kiedy odwiedzałem z synem Foto Art Festival, sale świeciły pustkami (być może to kwestia małego miasta). Tak jak sale kinowe które zaczyna pochłaniać czarna dziura. Wszystko czego potrzebujemy mamy w magicznym świecącym pudełku w kieszeni. Zdjęcia są wszędzie, złe obok dobrych, przeciętne obok wybitnych, w oknach, na przystankach, na samochodach, na reklamówkach, na koszulkach – to jest jak wojna w której jesteśmy bombardowani obrazem, informacją, przekazem.
Klęska urodzaju.
Vive la démocratie !
Demokratyzacja medium prowadzi do jego dewaluacji – nie dlatego, że ludzie są źli, ale dlatego, że algorytmy nagradzają przeciętność. W kontekście zdjęć wielu źle zinterpretowało filozofię Williama Egglestona z „Demokratycznego lasu / The Democratic Forest” – nie chodzi przecież o to żeby fotografować wszystko i wszędzie a potem epatować tym w cyfrowym świecie. Eggelston myślał o demokratyzacji w kontekście wyboru tematu fotografii. Oczywiście nie mógł przewidzieć skali która tą demokratyzację wykrzywi, zdeformuje.
Piękna maska Mety i jej Instagrama powoli opada, silny makijaż jak ściek spływa po twarzy – ludzie zaczynają to widzieć. Od jakiegoś czasu mieszkamy oczami na giga śmietniku – karmimy mózg zabawną, rozrywkową treścią którą zasysamy prosto ze śmietnika (oczywiście nawet na śmietniku od czasu do czasu znajdziesz coś dobrego). Instagram jako platforma cyfrowej wspólnoty nie tworzy żadnych więzi – tworzy wspólnotę zbieraczy lajków i followersów – wykorzystuje nasze behawioralne mechanizmy w najpodlejszy sposób.
Jednym z ważniejszych problemów fotografii socialowej jest wielkość urządzenia na którym jest ona oglądana. Na świecących prostokątach wielkości trochę większej od karty kredytowej. Zdjęcia zostały wykastrowane. Świetnemu zdjęciu pozostaje ułamek sekundy bo już czeka następne, i następne…
Zdecydowanie nie jest to już miejsce dla fotografii – być może nigdy nie było. Zresztą każda następna aplikacja dedykowana tylko zdjęciom podzieli los Instagrama. Dlaczego? Dlatego, że wmawialiśmy ludziom że to oni są tymi wielkimi twórcami, że koniecznie powinni dzielić się każdym przejawem swojej aktywności. Korzyści czerpią z tego twórcy pierdyliarda konkursów którzy w tym cyfrowym świecie z łatwością sprzedają wizję zostania docenionym, zauważonym, bo czyż nie tego pragnie większość artystów?
Quo vadis – czyli recepta przeterminowana
Pomyślcie o angliku Fredzie Dibnah – pracowniku wysokościowym który przez miesiące rozbierał wielki komin. Niemal codziennie wychodził po drabinie zamontowanej na ścianie komina by dotrzeć na szczyt, siadał na krawędzi i cegła po cegle zrzucając je do jego wnętrza rozbierał konstrukcję. Sam na górze, ze swoimi myślami, powoli cegła po cegle. Czyż nie jest to traktat o łuskaniu fasoli?
Powinniśmy wrócić do pra-internetu, do odnajdywania w przepastnych odmętach sieci skarbów a czasami także do odnajdywania zardzewiałych felg. Nie potrzebujemy ilości – ilość potrzebują korporacje poto by tą ilość zmonetyzować. Powinniśmy chronić te aspekty naszej aktywności które nie powinny być przeliczane na lajki, wyświetlenia, trendy…
Być może miejsce zdjęć jest tylko w książkach, wystawach, plakatach. Być może jest to naiwne ale nie potrzebujemy nic więcej. Musimy tylko to zrozumieć. Dzisiaj Vivian Meier jest odmieniana przez wszystkie przypadki, analizowana, krytykowana, marginalizowana. Dostarczyciele kontentu kopiują jeden od drugiego te same klisze – dzieje się to w środowisku niszowym, fotografii ulicznej której tak samo brak odporności na pogoń za lajkami.
Może Vivian wystarczyła ta chwila przy wizjerze kiedy utrwalała na kliszy banał. Wiele ze swoich zdjęć nie wywołała. Być może powinniśmy być jak Vivian Meier która robiła zdjęcia do szuflady, dla siebie. Może wtedy ten inny świat będzie możliwy.
Naprawdę nie musisz być twórcą.
